Są książki, które obiecują zmianę życia w siedem dni, najlepiej przy kawie, afirmacjach i planerze w pastelowych kolorach. Są też takie, które mówią mniej więcej: „usiądź, określ cel, przestań się rozpraszać i zrób robotę”. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Helion miałam okazję sięgnąć po „Mindset zwycięzcy” Briana Tracy’ego, która należy do tej drugiej kategorii — choć miejscami ma w sobie ten amerykański błysk motywacyjny, który w polskich warunkach może brzmieć jak ktoś, kto wstał zbyt wcześnie i postanowił podbić świat jeszcze przed śniadaniem.

Ale pod tą energetyczną warstwą jest coś bardzo praktycznego.
Tracy wraca do rzeczy pozornie oczywistych: celu, koncentracji, samodyscypliny, nastawienia, odpowiedzialności za własne decyzje. I właśnie dlatego ta książka może być irytująco skuteczna dla kogoś kto zapomniał jak to jest wziąć się do roboty, albo bezużyteczna dla osób które są po prostu sprawcze. Bo nie daje alibi. Nie mówi: „poczekaj, aż świat będzie bardziej przyjazny”, „najpierw musisz się zmotywować”. Raczej pyta: „dobrze, a co ty możesz zrobić dzisiaj?”
A to pytanie bywa bardziej niewygodne niż cała półka literatury psychologicznej.
Najważniejszy motyw książki można streścić prosto: człowiek bez jasno określonego celu bardzo łatwo staje się podwykonawcą cudzych planów. Brzmi brutalnie? Trochę tak. Ale trudno odmówić temu logiki. Jeśli nie wiemy, dokąd idziemy, cudza wola zaczyna wyglądać jak nasz obowiązek. Każde powiadomienie staje się „ważne”. Każda drobna sprawa udaje sens życia. A potem orientujemy się, że dzień minął, byliśmy zapracowani, jesteśmy zmęczeni, ale właściwie nie wiadomo, na czyje konto poszła ta energia.
I tu Tracy trafia w sedno: cel nie jest motywacyjną narracją. Cel jest systemem selekcji. Pozwala odróżnić to, co naprawdę istotne, od tego, co tylko głośne.
Podoba mi się w tej książce nacisk na konkret, na sprawczość. Nie „pragnij sukcesu”, tylko nazwij, czego chcesz. Nie „bądź lepszą wersją siebie”, bo to brzmi jak slogan z kubka, tylko zadaj sobie pytanie: co ma się faktycznie wydarzyć? Jakie działanie ma zostać wykonane? Co będzie dowodem, że idziesz w dobrą stronę?
To jest ważne, bo wiele osób myli marzenie z celem. Marzenie może być mgłą. Cel musi mieć kontury. Marzenie mówi: „chciałabym mieć więcej spokoju”. Cel mówi: „codziennie przez 45 minut pracuję nad jednym najważniejszym zadaniem, zanim świat zacznie rzucać we mnie mailami”. Różnica niby niewielka, a jednak jedna wersja nadaje się do życia, druga głównie do wzdychania.
Oczywiście, nie wszystko w tej książce przyjmuję bez zastrzeżeń. Brian Tracy pisze z pozycji człowieka bardzo mocno osadzonego w kulturze sprawczości. To ma ogromną wartość, ale ma też ryzyko: można odnieść wrażenie, że wystarczy odpowiedni mindset, samodyscyplina i pragnienie sukcesu, aby przeskoczyć wszystkie przeszkody. A życie jest jednak bardziej złośliwe. Ludzie mają różne zasoby, zdrowie, układy nerwowe, zobowiązania, historie rodzinne, poziom przeciążenia i dostęp do wsparcia. Nie każdy startuje z tej samej linii. Nie każdy może po prostu „wstać wcześniej i wygrać”.
I tu warto czytać Tracy’ego mądrze, nie religijnie.
Nie jako człowieka, który zna odpowiedź na wszystko, ale jako autora, który przypomina o czymś podstawowym: nawet jeśli nie kontrolujemy całej rzeczywistości, to nadal warto odzyskać ster nad tym fragmentem, który jest nasz. Nad koncentracją. Nad decyzją. Nad tym, czy kolejny dzień będzie tylko reakcją na bodźce, czy jednak małym krokiem w stronę czegoś, co sami uznaliśmy za ważne.
Najbardziej użyteczna jest dla mnie ta warstwa książki, która dotyczy samodyscypliny. Nie tej wojskowej, sztywnej, pełnej zaciskania zębów. Raczej rozumianej jako lojalność wobec własnych priorytetów. Samodyscyplina nie musi oznaczać życia jak arkusz Excela po szkoleniu z efektywności. Może oznaczać po prostu: „wiem, co jest dla mnie ważne, więc nie oddaję całego dnia przypadkowi”.
To brzmi banalnie, dopóki nie spróbujemy tego zrobić.
Bo wtedy okazuje się, że przypadek ma świetny PR. Przychodzi jako „tylko sprawdzę wiadomości”, „tylko odpiszę”, „tylko zerknę”, „odpuszczę tylko dziś”. A potem to „tylko” robi nam z tygodnia sałatkę jarzynową bez przepisu.
„Mindset zwycięzcy” jest więc dobrą książką dla osób, które czują, że mają potencjał, ale zbyt często rozprasza im się on na boczne korytarze. Dla tych, którzy dużo myślą, dużo planują, dużo analizują – i czasem potrzebują kogoś, kto powie: „świetnie, a teraz wybierz jedno i zacznij”. Bez poezji. Bez dymu scenicznego. Bez konferencyjnego aplauzu.
Czy to książka odkrywcza? Niekoniecznie. Czy wszystkie jej tezy są nowe? Nie. Ale może właśnie nie muszą być. Czasem nie potrzebujemy rewolucji intelektualnej, tylko dobrze wymierzonego przypomnienia, że życie naprawdę wymaga od nas decyzji. A decyzja, żeby była decyzją, musi coś wykluczyć.
I to jest chyba najważniejszy wniosek z tej lektury: sukces nie zaczyna się od wielkiego zrywu, tylko od uporządkowania uwagi. Od nazwania celu. Od zgody na to, że nie wszystko naraz, nie dla wszystkich, nie natychmiast i nie pod dyktando cudzych oczekiwań.
Brian Tracy pisze o zwycięstwie. Ja po tej książce powiedziałabym ostrożniej: chodzi mniej o zwycięstwo nad światem, a bardziej o odzyskanie autorstwa własnego czasu.
A to, w epoce powiadomień, chaosu i cudzych priorytetów przebranych za pilne sprawy, jest całkiem niezłą formą sukcesu.
Ocena?
Nie jest to książka, która odmieni życie za czytelnika. Na szczęście. Jest raczej jak dobrze ustawione przypomnienie: może zirytować, ale jeśli go nie wyłączymy automatycznie, jest szansa, że nas obudzi.
Agata Ogrocka
Red. Naczelna




